piątek, 28 lutego 2014

"Rywalki"

"Rywalki" - Kiera Cass

Źródło okładki: KLIK
Pamiętacie jak będąc małymi dziewczynkami marzyłyście o tym by zostać księżniczką? Noszenie pięknych sukni, mieszkanie w dużym i klimatycznym pałacu, posiadanie za męża przystojnego następcy tronu - to wszystko wydawało się być spełnieniem najskrytszych marzeń. Ja również nie będę udawała, że taka perspektywa nigdy nie była dla mnie pociągająca - była. Świat niebotycznego bogactwa i piękna jest w pewien sposób interesujący. Jednak jako dzieci nie widzimy drugiej strony medalu. Tego, że bycie księżniczką czy księciem nie polega tylko na chadzaniu na wytworne kolacje i wystawne bale. To przede wszystkim walka o lepsze jutro dla kraju i bezustanne załatwianie przeróżnych formalności. Wraz z dojrzewaniem powoli wyrastamy z czytania typowych historii o księżniczkach. Zmieniają się zainteresowania i problemy. Wtedy z pomocą przychodzi Kiera Cess, która napisała "Rywalki" będące przedmiotem omawianym w dzisiejszej recenzji.

America żyje w państwie podzielonym na kasty. Dziewczyna i jej rodzina należy do Piątek. Niekiedy u nich w domu pojawiają się problemy z jedzeniem, na życie "ponad stan" zapewne nie mogą sobie pozwolić, gdyż ich zarobki są znacznie mniejsze od tych, które otrzymują Jedynki czy Dwójki. Ami potajemnie spotyka się z Aspenem, chłopakiem w którym zakochała się już dwa lata temu. Kiedy w pałacu mają odbyć się Eliminacje, podczas których książe Maxon wybierze swoją przyszłą żonę, mama Americi nalega, aby ta wysłała chociaż formularz zgłoszeniowy. Główna bohaterka broni się przed tym jak tylko może, ale w końcu za namową bliskich jej osób oddaje swe zgłoszenie. Dziewczyna nie śni nawet, że może zostać wybrana spośród tysięcy dziewczyn do finałowej liczby trzydziestu pięciu kandydatek, które zostają wysłane do posiadłości Maxona i jego rodziców. Jednak przewrotny los sprawia, że Ami wbrew swojej woli wyjeżdża do pałacu walczyć o serce księcia.

Pewnie część z Was ma już dosyć "Rywalek" na samą myśl. Narobiono wokół nich szumu już na jakiś czas przed wydaniem powieści w Polsce. Cudowna okładka i intrygujący opis przyciągnęły i mnie, przyznaję. Jednak nie byłam pewna czy zawartość będzie równie dobra, bo wiem, że często na tak popularnych książkach można się zawieść. Mimo to niedługo po premierze skusiłam się na kupno "Rywalek". I wiecie co? Nie żałuję ani trochę wydanych na nią pieniędzy. Pozycja napisana przez Kierę Cass bardzo przypadła mi do gustu!

Jeśli miałabym określić tę książkę jednym słowem, powiedziałabym "urocza". Pomimo wad, które spostrzegłam podczas lektury nie mogę oprzeć się tej historii. Ale minusy są, więc uczciwie będzie o nich wspomnieć. Po pierwsze widać według mnie już na początku, że Autorka wzorowała niektóre elementy na innych książkach. Na przykład jeden z bohaterów, Gavril, był według mnie odpowiednikiem Ceasara Flickermana z "Igrzysk śmierci". Po drugie mamy jak na dłoni widoczne podobieństwo wpływu władz na obywateli. W "Rywalkach" również możemy spotkać się z godziną policyjną i innymi ograniczeniami. Jednak nie są one aż tak rygorystyczne jak w co poniektórych książkach traktujących o przyszłości. 

Również główna bohaterka jest jak dla mnie trochę odwzorowaniem innych, buntujących się postaci z książek. Z tym, że America nie jest już aż takim "ziółkiem" jak znana nam Katniss z wcześniej już wspomnianych "Igrzysk...". W sumie jej temperament i charakter pasował do powieści, więc nie był rażący i nie przeszkadzał w odbiorze książki. Co więcej, Ami jest naprawdę sympatyczną postacią. Rude włosy, stanowczość, upór dodały jej uroku i sprawiły, że zapada w pamięć. Nie mogę nie wspomnieć o Maxonie, który był szalenie intrygujący i słodki, nawet jak na księcia. Wiem, wiem, uległam mu pomimo tego, że takich bohaterów w literaturze mamy sporo, ale takiego Maxona los mógłby postawić na mojej drodze i bardzo bym się ucieszyła, jakkolwiek żałośnie to brzmi.

Fabule można zarzucić zbytnią naiwność. Tylko że ja nie odebrałam tego jako minus. Tym bardziej, że koncepcja Eliminacji i walki o serce księcia jest ciekawa. Nawet jeśli widać pewne schematy, to paradoksalnie Kiera Cass w swojej powieści pokazała, że potrafi z nich wyjść i stworzyć coś świeżego. Z tej mieszanki w rezultacie powstała przyjemna i wciągająca książka. 

Co poradzić, uległam "Rywalkom" i naprawdę bardzo mi się one podobały. Są one książką idealną na odpoczynek, pozwala zapomnieć o własnych troskach i przenosi nas w wir ekscytujących, romantycznych przygód. Oczywiście czytelnicy rodzaju męskiego nie będą raczej zachwyceni, lecz płeć piękna odnajdzie tu coś dla siebie. Sięgnijcie po tę książkę i poczujcie się choć przez chwilę jak księżniczki. Przywołajcie w swej pamięci momenty, kiedy marzyłyście o koronie na głowie. W razie czego potraktujcie powieść z przymrużeniem oka. Wtedy zobaczycie jak bardzo jest urocza (to słowo mi bardzo do tej książki pasuje, jak już wspominałam) i będziecie jak ja wyczekiwać kolejnej części. Tym bardziej, że zakończenie pozostawia w niewiedzy i niemal zmusza do sięgnięcia po dalszą część przygód Ami. Pomimo wymienionych wad, gorąco polecam!

5 komentarzy:

  1. Tak, prawda, szumu wokół tej książki trochę było, na mojej tablicy na FB ciągle ktoś coś pisał, cieszył się, że kupił etc. :D Ja, jak zwykle, podpatruje na to z boku, bo tematyka nie moja ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię takie książki, chętnie po nią sięgnę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oh, nie czytałam tą książkę w połowie po angielsku a w połowie w nieoficjalnym tłumaczeniu i nie mogę uwierzyć że skrót do imienia bohaterki to Ami a nie Mer, a po za tym zgadzam się z twoimi odczuciami do książki i polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mer też było, tak to zdrabniał Aspen :)

      Usuń
  4. Uważam, ze ciężko jest wymyślić coś nowego, naprawdę mamy już tyle książek, że to normalne, że pewne schematy będą powracać, dlatego aż tak mi to nie przeszkadza. Jeśli chodzi o samą książkę, to słyszałam wiele rożnych opinii na jej temat bardzo, ale to bardzo chciałabym ją przeczytać. Zaintrygowała mnie fabuła, bo przypomina mi te dziwaczne, rozrywkowe programy typu Rock of Love , bądź Daisy of Love (mówię dziwaczne, a ślęczałam przed MTV i czekałam na każdy odcinek... -_-').

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli napiszesz chociaż parę słów od siebie. Jeżeli masz ochotę zadać pytanie dotyczące postu rownież to zrób, staram się wtedy odpisywać na komentarze ;)